Podróże Małe i Duże/Polska – 10-16.08.2015 #01

Zaczynając ten tekst i układając w głowie zdania, zatrzymałem się przy słowie „podróż”. Co oznacza i jak jest interpretowane. Z pomocą przyszła mi Wikipedia.

Podróż (z łaciny zwana peregrynacją, z francuskiego wojażem) – zmiana miejsca pobytu na odległe. Osoba podróżująca pieszo to wędrowiec, podróżujący środkiem komunikacji to podróżny lub wojażer. W odróżnieniu od nomadów – koczowników, członków grupy ludzi nieposiadającej stałego miejsca zamieszkania, przemieszczającej się z miejsca na miejsce, np. w związku ze zmianami pogody lub w poszukiwaniu żywności, wody, opału albo pastwisk dla zwierząt hodowlanych, podróżnym był od zarania dziejów przedstawiciel cywilizacji osadniczej.

Podróże odbywano od dawna, początkowo dla praktycznego celu: nauki, handlu, polityki (poselstwa). Podróżowano również do miejsc kultu religijnego: z chęci odpokutowania za grzechy, zjednania łask lub w podzięce za nie. Podróż dla odwiedzenia miejsc kultu religijnego nazywa się pielgrzymką, a osoba biorąca udział w pielgrzymce to pielgrzym lub pątnik.

Podróż wymagała odpowiedniego przygotowania. Podróżni brali ze sobą garderobę na różne pory roku, zastawę stołową, zapasy jedzenia, czasem namioty oraz służbę. W ten sposób podróż stawała się wyprawą.

 Podróż, którą chcę opisać, pojechałem razem z siostrą i szwagrem. Plan był aby zwiedzić kilka miejsc w Polsce. Jakie to miejsca, dowiecie się w trakcie czytania.

I tak dnia 10 sierpnia 2015 roku skoro świt wyruszyliśmy. Pierwszym odcinkiem, którym mieliśmy do pokonania była trasa z Warszawy do Lublina.

Jest to moja któraś już z kolei wizyta w Lublinie. Oprowadzany przez przyjaciółkę podczas mojej pierwszej wizyty, miasto mnie oczarowało. A szczególnie pełno wspomnień mam ze starówki, która jest mała, ale urokliwa. Moje ulubione schodki zwane Zaułkiem Hartwigów, czy uliczki w Rynku. Podoba mi się też Plac Po Farze – został utworzony po rozebraniu kościoła farnego pw. Św. Michała Archanioła.

Drugim moim ulubionym miejscem w Lublinie jest Ogród Botaniczny UMCS. Zachęcam do odwiedzenia tego miejsca. Szczególnie w okresie, kiedy wszystko zaczyna kwitnąć. Przebywanie, poznawanie i obserwowanie tych wszystkich roślin jest bardzo ciekawe. Bardzo duża różnorodność, sprawi, że każdy znajdzie coś co mu się spodoba. Ja sam koniecznie muszę się tam wybrać na jesieni, chodź wydaje mi się, że to już nie będzie to. Mimo to jestem bardzo ciekawy jak wygląda ten ogród o tej porze roku.

Z Lublina ruszyliśmy do Sanoka, gdzie mieliśmy rezerwacje w hotelu „Zajazd Sanocki”. W tamtych stronach, mieszka też moja przyjaciółka, o której już wspomniałem. Po rozpakowaniu i szybkim prysznicu, ruszyliśmy ją odwiedzić. No ale co to by była za podróż bez przygód. Ale też na obronę mogę powiedzieć, że pierwszy raz byłem w tamtych stronach. I mimo mojej dobrej orientacji w terenie, zdarzają się wpadki. Po małym błądzeniu, z pomocą nawigacji i konsultacji telefonicznej, trafiliśmy pod wskazany adres.

Bardzo dziękuję, za spotkanie i miłe przyjęcie. Za pyszną herbatę i wskazówki co do miejsc, które warto zobaczyć.

Z odwiedzin nie pojechaliśmy do hotelu, mimo później pory. Postanowiliśmy zobaczyć Sanok nocą. Miasto ładne, ale nic takiego mnie w nim nie urzekło. Mimo to, kocham chodzić po mieście nocą. Cisza, spokój i tajemnicze alejki oświetlone latarniami.

Następnego dnia, zjedliśmy śniadanie w hotelowym bufecie i wyruszyliśmy dalej. Kolejnym przystankiem miał być Bieszczadzki Park Narodowy. Później siostra odkryła, że trafiliśmy pod Zagrodę Pokazową Żubrów. Nieświadomi do końca gdzie trafiliśmy, poszliśmy jednym ze szlaków w głąb. Spacer był świetny i wyczerpujący. A to z powodu panującej temperatury i faktu, że woda nam się skończyła szybciej niż planowaliśmy. Szlak, którym się poruszaliśmy biegł pomiędzy drzewami. Więc o jakichkolwiek widokach na góry nie było mowy, a właśnie na to nastawiony tam pojechałem. Mój błąd, przyznaję. Nie sprawdziłem dokładnie miejsca.

W drodze powrotnej, nim ruszyliśmy dalej, postanowiliśmy jeszcze zwiedzić Sanok za dnia. Szukałem też pocztówek, które obiecałem koleżance.

Żeby trochę załagodzić niedosyt jaki mieliśmy po spacerze w Bieszczadach. Pojechaliśmy nad Jezioro Solińskie. Dotarliśmy tam mając prawie suchy zbiornik. Brawo Ja. Zamiast zatankować na stacji, którą mijałem, pojechałem dalej. Okazało się, że dalej, żadnej stacji już nie było.

Martwić się tym miałem zamiar później. Teraz zachęceni widokami, które już minęliśmy po drodze, ruszyliśmy dalej pieszo nad jezioro. Tym razem trafiliśmy w miejsce, które czarowało swoim klimatem od samego początku. Nie mieliśmy dużo czasu. Mimo to, miejsce nam się tak podobało, że postanowiliśmy wynająć rowerek. To był strzał w dziesiątkę. Jezioro jest bardzo duże i opłynąć całego się nie udało. Warto jednak było, zobaczyć brzeg otaczający z innej perspektywy i jak wygląda w innej części jeziora.

Nie ze wszystkim jednak było tak kolorowo. Telefon który miałem, postanowił się zbuntować i padł. Tak więc, zostałem bez telefonu. Tablet, który działał jak chciał, przejął rolę nawigacji.

 

cdn..

 

Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *