Podróże Małe i Duże/Polska – 10-16.08.2015 #02

Następnym punktem na jaki się zdecydowaliśmy, to Morskie Oko. Nim jednak tam dotarliśmy, czekała mnie nocna trasa z Sanoka w okolice Zakopanego. Tam, mieliśmy już zarezerwowany pokój. A wcześniej jeszcze, stresująca i nerwowa jazda po górkach na resztkach paliwa w baku. Jak na złość, stacji jak nie było tak nie było. Moja Pszczoła jednak nie zawiodła i doturlaliśmy się do pierwszej napotkanej stacji benzynowej. Wydawać by się mogło, że teraz wszystko pójdzie jak po maśle.

I tu znów, jak by to mogło być inaczej. Przygoda, goni przygodę. W sumie, dla mnie osobiście podróż bez przygód to nie podróż.

Lubię nocą jeździć. Jest spokojnie, mały ruch itd. Ale tutaj byłem w górach. Byłem chociaż pewny, że nie zasnę pokonując zakręt, za zakrętem. W górę i z górki. Niestety, całą jazdę zaburzył fakt remontu nawierzchni i objazdy których nawigacja nie uwzględniła. Objazd skutecznie nas opóźnił do tego stopnia, że właściciel pokoju zadzwonił czy będziemy. Oczywiście dotarliśmy, ale o godzinie około 1 w nocy.

Z rannego i wczesnego wstania nic nie było. Zmęczeni, musieliśmy trochę odespać. To spowodowało, że wstaliśmy już po śniadaniu. Właściciele byli bardzo uprzejmi i nie wypuścili nas bez porządnego śniadania. Mało tego, dostaliśmy też co, nieco na drogę.

Nad Morskie Oko też nie dotarliśmy od razu. Mimo, że właściciel nam tłumaczył jak mamy dojechać. Do obranego celu pojechaliśmy przez Zakopane. Jedynym problemem było zaparkowanie w okolicy Łysej Polany. Ale i tu małe rozmiary samochodu sprawiły, że udało się znaleźć lukę między innymi autami.

Z Łysej Polany ruszyliśmy pieszo w stronę Morskiego Oka. Byliśmy tam dość późno. Ale z drugiej strony, jak się później okazało, był to plus. Oczywiście, znów droga dała nam w kość i zabrakło nam wody do picia. Na szczęście po pokonaniu większej części drogi, znajdujemy pawilon gastronomiczny. Tam się zaopatrzyliśmy w wodę. Droga prowadząca do Morskiego Oka była malownicza i zachwycałem się nią co parę kroków. Szczególnie miejsca w których można było przejść kamiennymi schodkami.

Jednak to co zobaczyłem po dotarciu… zapierało dech w piersiach. Było jednak już późno. Z jednej strony plus, bo ludzi było mało. Większość schodziła w dół jak my wchodziliśmy. A z drugiej strony, udało nam się tylko obejść jezioro dookoła. To chyba jedno z niewielu miejsc z których nie chciałem wracać. I wiem, że mimo wysiłku jaki trzeba włożyć aby dotrzeć tam, to jest warto. Na pewno tam wrócę.

Czas jednak upływał, a czekała nas jeszcze droga powrotna. Większą część trasy pokonałem bez problemu. W końcówce coś mi się zrobiło w stopę i nie mogłem na niej stanąć. Dotarłem jednak do Parkingu Palenica Białczańska, skąd dalej pojechaliśmy autokarem.

To jednak nie koniec wycieczki tego dnia. Głodni i zmęczeni, pojechaliśmy do Zakopanego na Krupówki. Tam po zjedzeniu i krótkim odpoczynku, przeszliśmy się po deptaku, kupiliśmy pamiątki i wróciliśmy do naszego pokoju w Domu Gościnnym Skalnica.

Czwartego dnia ruszyliśmy do Częstochowy. Pojechaliśmy tam na mszę świętą, podziękować Bogu za bezpieczną podróż i pomodlić się za naszego śp. dziadka.

Odpoczywając, rozmyślając, planując i jedząc wpadliśmy na pomysł, że odwiedzimy naszego brata w Opolu. Udało nam się z nim skontaktować i potwierdzić wizytę. I tak, nasza podróż, spontanicznie zboczyła z zaplanowanej trasy. Opola nie zwiedzaliśmy. Nawet nie wjeżdżaliśmy specjalnie do centrum. Obwodnicą szybko dostaliśmy się na przedmieścia gdzie wynajmował mieszkanie.

Kolejnym naszym przystankiem miał być Szczecin. Dyskutując nad trasą, którą mieliśmy do przejechania, postanowiliśmy zrobić jeszcze jeden przystanek. Wrocław był idealnym miejscem w którym moglibyśmy się zatrzymać i odpocząć przed dalszą częścią trasy.

Podpowiedział nam też, że z Wrocławia do Szczecina pojechać przez Niemcy na Berlin. Będzie szybciej, niż pchać się i jechać naszymi drogami.

Nim jednak rozstaliśmy się na dobre, wydarzyła się kolejna przygoda. Byliśmy już około 20km od Opola jak strzeliła nam prawa tylna opona. Niby nic takiego, pod warunkiem, że ma się zapas. Ja takowego nie miałem. Znaczy się miałem, ale było w domu, z oponą nie nadającą się do użycia. Po za tym, samochód i tak był dość mocno dociążony z tyłu.

No cóż. Dobrze, że mój brat już trochę znajomych miał w Opolu i udało się coś ogarnąć. I tak z oponą rezerwową dojechaliśmy dopiero jakoś do Wrocławia. Było około 1 w nocy, dlatego nic już załatwić nie byłem wstanie. Wyszukałem tylko sklepy z oponami. Z samego rana jak tylko zostały otworzone, pojechałem z szwagrem załatwić nowe kapcie. Udało się i mogliśmy ruszyć dalej. Myślicie, że to koniec przygód. O nie, jeszcze ich kilka mieliśmy.

Zdecydowałem się na trasę zaproponowaną przez brata i pojechaliśmy z ustawioną nawigacją na Niemcy. Wszystko szło dobrze, do momentu w którym źle pojechałem i zamiast skręcić na Berlin, pojechałem pasem prosto na Frankfurt. Nawigacja zgłupiała, brak internetu. Na ratunek przyszła mapa papierowa, którą wożę w aucie. Znaki też się przydały. Zamiast jednak skrócić drogę i pojechać szybciej, nadłożyliśmy sporo tracąc też przy tym dużo czasu.

Dotarliśmy dość mocno zmęczeni. Po drodze jeszcze zabraliśmy tym razem koleżankę mojej siostry. I razem ruszyliśmy zwiedzać Szczecin. Tam natomiast mieliśmy się spotkać jeszcze z przyjacielem mojej siostry. Wypiliśmy po piwku – oczywiście, kto mógł sobie na to pozwolić – zrobiliśmy kilka zdjęć i trzeba było się żegnać. Czas bardzo szybko mijał. A Szczecin bardzo mi się podobał, szczególnie nocą. Co prawda, byłem już bardzo mocno zmęczony i niektóre rzeczy pamiętam jak przez mgłę. Mimo to, na pewno wrócę jeszcze do Szczecina.

Ostatnim etapem naszej podróży był Gdańsk. Dla mnie weekend nad morzem był odpoczynkiem. Co prawda na szkolenie jakoś się zawlokłem. Nie było łatwo na nim wysiedzieć, bo oczy się same zamykały. Wieczorem, ekipa jeszcze poszła na miasto. Ja odpuściłem i poszedłem spać. To było najlepsze co mogłem zrobić.

W trasie spędziliśmy 7 dni. Po powrocie do Warszawy, obliczyłem, że zrobiłem około 3100km. W głowie zapisało się wiele przygód, wspomnień, a aparat zarejestrował mnóstwo zdjęć. O wszystkim nie jestem nawet w stanie napisać, ani opowiedzieć. Trochę się tego zebrało. Ale mam nadzieję, że to co ciekawsze, przeczytacie w poprzedniej i tej części. Było to coś niesamowitego i mam nadzieję, że będzie dane mi jeszcze pojechać w taką podróż.

Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *